Ja tutaj zgadzam się w pełni z Masłowskim, oglądałem całe, ale wkleję ważny fragment.
Gdy “wyjaśniłem” sam ze sobą pewne kwestie które mnie drażniły, bolały to z czasem kwestia relacji z kobietami, rynek matrymonialny, kwestia kurestwa i fałszywej natury kobiet budowanej w mainstreamie stały się dla mnie obojętne.
Jak kiedyś zdarzało mi się czuć do kobiet jakiś żal, wkurw (czasem po np. przeczytaniu artykułu) czy coś to teraz już praktycznie tego nie ma, jest teraz wręcz błoga obojętność, czuję się mocno oczyszczony.
Oczywiście, czasem się zdenerwuję czy zirytuję na jakąś kobietę, nie chodzę cały czas jak jakiś oświecony mnich xD
I to nie tyczy się tylko kwestii kobiet czy relacji, ale każdego aspektu życia.
Tam gdzie piecze, gdzie boli dupa to właśnie tamto miejsce trzeba “naświetlać” świadomością i nie uciekać, nie wypierać.
To potrwa, upłynie trochę czasu, będzie nieprzyjemne stanąć sam na sam z bólem ale warto.
Zamiast walczyć non stop (walka nic nie daje, wypala psychicznie), dużo lepiej jest zaakceptować stan rzeczy i być dla siebie najlepszym przyjacielem, nie jebać samego siebie, ale się wspierać.