Trafiłem na filmik, gdzie pani promuje “perineum sunning”, czyli opalanie okolic intymnych.
Internet naprawdę jest niezniszczalny, wystarczy nadać dziwnej czynności angielską nazwę i już brzmi jak ekskluzywny rytuał wellness.
Z boku wygląda to bardziej jak ciekawostka z kategorii “pomysły, o które nikt nie prosił” niż cokolwiek rozsądnego.
Najbardziej bawi mnie nie samo to, że ktoś to robi, tylko ten cały internetowy marketing wokół takich rzeczy. Jeszcze chwila i ktoś odpali kurs online:
“Perineum sunning mastery - obudź swoje wibracje w 14 dni”.
Kiedyś ludzie po prostu szli na spacer.
Dzisiaj najwyraźniej trzeba już robić panel słoneczny z podwozia, żeby poczuć się bardziej “holistycznie”.
Wrzucam to bardziej jako osobliwość i ciekawostkę niż cokolwiek poważnego, bo wygląda to jak kolejny etap, na którym internet bierze przypadkowy odpał, daje mu angielską nazwę i udaje, że to starożytna tajemnica zdrowia.
A zresztą..