Ja nie biorę żadnych leków, tabletek.
Większość mojego otoczenia łyka coś - tabletkę rano, na ciśnienie, na trawienie, na sen, na obudzenie, na potencję, na tarczycę, na ból.
Nawet jak mnie coś boli, to czekam do granicy zesrania i płakania aby zażyć jakiś Ibuprom.
Ja nawet suplementów niemal wcale nie używam - ale akurat to nie jest dobre, bo wir D i magnez to właściwie obowiązek. Więc tutaj zmienię.
Co do kawki - piję ot z nudów i dla smaku. Nie stymuluje mnie. W sumie psuję ją pijąc taką z automatu w pracy, albo rozpuszczalną.
Moim problemem jest słodkie - nie biały cukier, ale miód. Tego wpierdalam jak dziki.
Alko - w czasie imprez było grubo, więc ostatnio przystopowałem. Alko to trucizna - mówią mi to moi terapeuci wprost - więc to jest mocny argument. Jak jest imprezka to walę mocne driny, ale poza imprezkami w ogóle mnie nie ciągnie do piwka czy whisky.
A mam w domu fajny burbonik i whisky - bardzo rzadko po nie sięgam.
Z czekoladą miałem tak, że od dziecka był to towar deficytowy (komuna) tylko z Niemiec.
Więc teraz, po 40-tce, STAĆ MNIE na wpierdolenie całej paczki Toffifee albo Lindt, Milka (pół kilo czeko na raz).
Robię sobie czasem takie sesje aby sobie w sumie czeko obrzydzić - pomogło. Nie ciągnie mnie do czeko miesiącami.
Potem znowu mam cheat day i znowu 2-3 miechy bez czeko. (Chyba pomijam jakieś fakty….)
Ale tak, słodkiego smaku wpieprzam za dużo, choć zbrzydł mi już trochę.
P.S. ostatnio w sklepie widziałem na przecenie połamanego wielkanocnego zajączka - KILO CZEKOLADY za grosze….. Stałem nad nim kilka minut zanim zdecydowałem się go NIE kupić.
Taka czekolada to w sumie syf - cukier, jakiś syrop glukozowy, troszkę kakao, smak gliny.
Ale było bardzo blisko…. Na krawędzi…. i ojebałbym kilo zajączka.