W sieci rozpanoszył się samczyzm: promowany jest patriarchalny porządek świata, męski szowinizm i tzw. prosty chłopski rozum. Emancypacja kobiet, ruch #MeToo i coraz większe aspiracje pań dały mężczyznom w kość. Na tę falę, ciągnącą zresztą z zagranicy, próbują wskoczyć nie tylko influencerzy, ale też politycy.
Przekonują, że kobiety są roszczeniowe, wyrachowane, że w głowach im się poprzewracało od tej edukacji, coraz lepszych zarobków, „ideologii zgniłego Zachodu”. Potrafią usprawiedliwić nawet przemoc wobec kobiet – wszak to oni są teraz uciskani, dyskryminowani, więc agresja jest co najwyżej odpowiedzią na zachowanie partnerki czy żony. Kobiety to dla nich „zmywarki” lub „lochy”, których „przydatność” kończy się po 35. roku życia, a po 40. nadają się już tylko do wychowywania wnuków. Media społecznościowe pozwalają im szybko i łatwo nie tylko dzielić się przemyśleniami, ale przede wszystkim odnajdować „swoich”. A wiadomo – w grupie każdy jest odważny, czuje, że wolno mu więcej. Atakują więc stadnie, chowając się za nickami, avatarami albo po prostu zdjęciami mężczyzn, którymi chcieliby być.
Nomenklatura jest tu bogata: redpille, incele, piwniczaki, przegrywy. A obok nich: alfa male, beta-providery, sigmy, chady… To wyimek z tzw. manosfery, do której przeprowadza się (na razie wirtualnie) coraz więcej młodych mężczyzn. Sfrustrowanych, ale i szukających wzorców. Te podsuwają im influencerzy, którzy wzorem swoich kolegów zza oceanu męskie niezadowolenie i niespełnienie próbują monetyzować – tak zwykło się określać w social mediach zarabianie.
Ale i politycy zwęszyli w tym kapitał, tyle że wyborczy. Inspiruje ich nie byle kto, bo sam Donald Trump, wzorcowy alfa male, który odrzucił wszelką polityczną poprawność, a z mizoginistycznych i seksistowskich komentarzy uczynił swój znak rozpoznawczy – ku zaskoczeniu liberalnej strony, politycznie bardzo skuteczny. Ten zwrot ku patriarchalnemu porządkowi jest coraz mocniej widoczny, a jego echa z pewnością wybrzmią także w nadchodzącej kampanii wyborczej w Polsce.