Ja wychowałam się na gospodarstwie, na którym trzody chlewnej i bydła mlecznego nie było.
Rodzice za dzieciaka się przy tym narobili, nie chcieli mieć tego na swoim małym gospodarstwie.
Moi rodzice poszli w lepsze mięso (królik, przepiórki, perliczki), do tego kury nioski.
Za to niestety przepieprzyli potencjał ziemi - działali chaotycznie w małych uprawach, dużo cudowali.
Dla przykładu :
kupili odmianę jakiegoś drzewka/krzewu owocowego bez analizy gleby, aktualnej topografii już istniejących upraw, całego know how uprawy, więc i sadzonki szlag trafił.
Dobrze, że ograniczał ich w tym temacie budżet, więc nie kończyli z wieloma tysiącami strat.
Jako pierwsi na wsi byli takimi “nowoczesnymi” - nie mieliśmy psa na łańcuchu, czy na zawsze w kojcu, do tego wysterylizowana suka. Zazwyczaj przygarniali starsze psy, bo mieli świadomość, że nikt ich nie chce.
Rodzice wprowadzili ogród kwiatowy, czy trawę ozdobną na podwórku (w regionie zawsze było jedno wielkie piaszczyste klepisko zamiast podwórka przy każdym domie).
Nigdy u mnie w domu nie jadano czerniny.
Ubój był z dużym szacunkiem do zwierzęcia.
Tata przez to nienawidził lokalsów, bo dawniej, często, przy uboju czegokolwiek chłopy wpierdol spuszczali zwierzęciu, czy pili w trakcie uboju, nie mówiąc o syfie wokół.
Rodzice przez to, że mieli większe potrzeby intelektualne (takie niespełnione ambicje edukacyjne), to trzymali się z “miastowymi”.
Kilka lat temu miałam przejąć ojcowiznę.
Ja jestem z innej gliny i mniej ideowo patrzyłam na ziemię, czy hodowlę.
Miałam plan na jeden rodzaj uprawy, do tego chciałam pójść w pełną modernizację boksów, czy kurników, włącznie z dostosowaniem budynków gospodarczych typowo na przetwórstwo ww gadzin.
Bracia mi kibicowali, bo od dziecka denerwowało nas to, że nie spieniężamy tego, w co czas i pieniądze włożyliśmy.
Rodziców przeraziło takie typowo biznesowe podejście.
Rodzice finalnie nie przepisali na mnie ojcowizny. Pewnie poszło o moje plany na uprawę i hodowlę.
Taką o to mam styczność z rolnictwem.
Najważniejsze :Kto ma dużą sieć znajomości w lokalnych strukturach instytucji wszelakich, jako rolnik, zawsze sobie poradzi.
Zamiast patrzeć na rolnika, sam patrz za kawałkiem własnej ziemi. Jak będzie bieda, to chociaż chwast zjesz (tak, są jadalne chwasty).
Dawniej psioczyłam na rodziców, że można iść do sklepu i makaron sobie kupić, a nie robić swój.
Idą popierdolone czasy i cieszę się, że dziwny zapierdol rodziców nauczył mnie uboju, wypatroszenia, przygotowania czegoś zwierzęcego do zjedzenia.
Mając nasiona/sadzonkę/bulwę, od zera wyhoduję coś do zjedzenia.
Wielki Głód był, wojna była, więc dlaczego cyfrowy świat miałaby Nam nigdy nie zafundować biedy?
Może za kilka dekad wprowadzą papki proteinowe, a bogaci będą jeść prawdziwe owoce i warzywa?
Samowystarczalność. Ile się da.