Ostatnio wpadł mi materiał o tzw. “fake rich” i pomyślałem, że temat jest w sumie znacznie ciekawszy niż samo nabijanie się z influencerów.
Bo mam wrażenie, że social media kompletnie poprzestawiały ludziom definicję bogactwa.
Kiedyś bogaty człowiek był po prostu bogaty.
Dzisiaj przede wszystkim musi wyglądać na bogatego.
- Duży dom.
- Nowe BMW/Mercedes/Porsche.
- Zegarek.
- Wakacje kilka razy w roku.
- Restauracje.
- Markowe ciuchy.
- Zdjęcia z odpowiednich miejsc.
Oczywiście wszystko obowiązkowo udokumentowane, bo przecież jeżeli poleciałeś na Malediwy i nikt tego nie zobaczył na Instagramie, to czy w ogóle tam byłeś? 😉
I tutaj zaczyna się rzecz, która mnie najbardziej fascynuje.
Potrzeba walidacji.
Nie wystarczy mieć.
Inni muszą jeszcze WIEDZIEĆ, że masz.
A najlepiej mają pomyśleć, że masz więcej niż oni.
I nagle człowiek zaczyna budować całe swoje życie nie wokół tego, co daje mu spokój, bezpieczeństwo i niezależność, tylko wokół tego, co zrobi odpowiednie wrażenie na ludziach, których często nawet nie lubi.
Dom za milion?
30 lat kredytu.
Samochód za 300k?
Leasing.
Telefon za 7k?
Raty.
Wakacje?
Karta kredytowa.
Do tego szkoła dzieci, subskrypcje, restauracje, ubrania, lifestyle i cały pakiet kosztów potrzebnych do utrzymania wizerunku człowieka “sukcesu”.
Na papierze zarabia świetnie.
Na Instagramie wygląda jeszcze lepiej, oszukał system, wyprzedził Cię w życiu.
Tylko przychodzi koniec miesiąca i… właściwie nic nie zostaje.
A czasami (i to dość często) jest jeszcze ciekawiej.
Gość może zarabiać 30-40k miesięcznie i jednocześnie mieć mniejszy majątek netto niż ktoś zarabiający połowę tego. W ekstremalnych przypadkach osoba ze spłaconym autem za 30k, wynajmująca mieszkanie i bez kart kredytowych - ma większy “net worth” niż domniemany majątek gościa w nowym M5, żyjąca w ładnej okolicy w dużo za dużym domu.
Bo jedna rzecz to dochód, druga to majątek, a trzecia to zobowiązania.
Możesz siedzieć w aucie za 400k i być praktycznie bez majątku.
Możesz też siedzieć w 18-letnim Volvo, mieć spłacony dom, solidny portfel inwestycyjny, zero kredytów konsumpcyjnych i wyjebane na to, czy ktoś pomyśli, że jesteś biedny.
I coraz bardziej dochodzę do wniosku, że właśnie ten drugi przypadek jest znacznie bliższy prawdziwemu bogactwu.
Bo bogactwo to nie możliwość pokazania ludziom, ile rzeczy możesz kupić.
Bogactwo to możliwość powiedzenia:
„Nie muszę.”
- Nie muszę pracować w miejscu, którego nienawidzę, bo rata domu zjada mi pół pensji.
- Nie muszę znosić szefa-debila, bo za dwa tygodnie leasing pobierze kolejne 5k.
- Nie muszę udowadniać sąsiadowi, że stać mnie na nowszy samochód.
- Nie muszę robić zdjęcia zegarka na kierownicy, żeby przypadkowy człowiek w internecie pomyślał o mnie przez trzy sekundy: “ale gość się dorobił”.
I żeby była jasność – nie twierdzę, że kredyt hipoteczny albo leasing automatycznie oznaczają biedę.
To są narzędzia finansowe i używane z głową mają sens - sam z nich korzystam.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy zobowiązania służą nie budowaniu majątku, tylko budowaniu wizerunku majątku.
Czyli kupuję nie dlatego, że tego potrzebuję albo rzeczywiście mnie na to stać.
Kupuję, bo chcę, żeby INNI myśleli, że mnie stać.
To jest moim zdaniem jedna z największych pułapek social mediów.
Widzimy efekt końcowy.
Nie widzimy bilansu.
Widzisz Porsche.
Nie widzisz leasingu.
Widzisz dom.
Nie widzisz hipoteki.
Widzisz wakacje.
Nie widzisz salda karty.
Widzisz przychód firmy.
Nie widzisz kosztów.
Widzisz zegarek.
Nie widzisz, że właściciel nie ma odłożonych pieniędzy na pół roku życia, a w wielu przypadkach brak jednej wypłaty może rozpocząć domino upadłości.
A potem miliony ludzi porównują swoje prawdziwe życie do czyjejś starannie wyreżyserowanej wystawy sklepowej.
I czują, że przegrywają.
Paradoksalnie człowiek naprawdę zamożny może być kompletnie niewidoczny - i bardzo wielu jest.
Stary samochód, normalne ubrania, żadnego Rolexа, żadnego epatowania pieniędzmi.
Bo jeżeli sam wiesz, ile masz, to po co właściwie potrzebujesz, żeby wiedzieli o tym obcy ludzie?
Może właśnie potrzeba ciągłego SYGNALIZOWANIA statusu mówi o człowieku więcej niż sam status.
Materiał, który skłonił mnie do założenia tematu, wrzucam poniżej.
Trochę bardziej na wesoło:
Ciekaw jestem Waszych obserwacji.
Po czym poznajecie człowieka naprawdę zamożnego, a po czym “bogatego na pokaz”?
I drugie pytanie:
Czy social media stworzyły nam pokolenie ludzi, których bardziej interesuje wyglądanie na bogatych niż faktyczne budowanie majątku?
Oraz sonda: